piątek, 20 kwietnia 2012

Część opowiadania z książki "Coś Mocniejszego"

Cały pech z oszołomem polegał na tym, że facet zadzwonił w najmniej odpowiedniej chwili. Dziesięć minut wcześniej czy później miałbym dość przytomności umysłu, żeby go spławić albo podrzucić Prorokowi. A przynajmniej żeby od razu wyciągnąć z niego coś konkretnego i wiedzieć zawczasu, czego się spodziewać.
Inna sprawa, że oszołomy nigdy nie dzwonią w odpowiedniej chwili. W ogóle, gdyby nie oni, „Gazeta Narodowa" byłaby dwa razy sympatyczniejszym miejscem pracy. A tak - połowę każdego dyżuru zabierało opędzanie się przed korowodami osobników, którzy rzucając dokoła czujne, szybkie spojrzenia, informowali zdławionym szeptem, że jeden z Kaczyńskich naprawdę nazywa się Szlingwajn albo że Olszewski ma w zębie nadajnik, przez który go kontrolują. Oczywiście wiedziałem, że trzy czwarte z tych biednych staruszków przeszło jeśli nie przez Sybir, to co najmniej przez Wronki i że przeżyli tam rzeczy, od których każdy by sfiksował.
Za każdym razem starałem się wzbudzić w sobie ewangeliczną życzliwość i cierpliwość. Ale od czasu do czasu mi się to nie udawało. I ten facet trafił na taki właśnie moment; akurat chwilę po tym, jak odwinąłem śniadanie z papierowej serwetki.
Ściślej mówiąc, nie chodziło o samo śniadanie. Śniadanie jak śniadanie - bułka z wędliną i masłem, stwardniałym na kamień od leżenia w redakcyjnej lodówce. Chodziło o to, że tego dnia razem z kanapką żona zawinęła obrazek. Oglądałem zaskoczony fotografię modelki w seksownych czarnych koronkach, wyciętą, jak uznałem w pierwszej chwili, z katalogu bieliź-niarskiego.
Swoją drogą, miałem szczęście, że zabrałem się do bułki od właściwego końca. Gdybym najpierw zaczął jeść i dopiero potem trafił pomiędzy warstwami papieru na kartonik, mógłbym się udławić z wrażenia. Wyłuskałem zdjęcie z ostrożnością sapera; nie znikało. A bielizna dziewczyny na fotografii, gdy popatrzeć uważnie, okazywała się jeszcze bardziej frywolna niż na pierwszy rzut oka. Fotkę wydrukowano na cienkim, sztywnym kartonie; na rewersie nie był zadrukowany, więc moja ślubna nie wycięła go z katalogu, tylko z pudełka. Dziennikarstwo jednak rozwija rozum: wydeduko-wanie, gdzie obecnie musi się znajdować zawartość tego pudełka, zajęło mi zaledwie parę sekund. Obracałem kartonik w ręku, śliniąc się bezwstydnie do podsuwanej przez wyobraźnię wizji ukochanej w koronkowych luksusach i kombinując, pod jakim by tutaj pozorem urwać się z redakcyjnego dyżuru, najlepiej już i natychmiast.
I w takiej chwili sekretariat połączył oszołoma. Kto na moim miejscu nie potraktowałby go równie oschle, niech pierwszy rzuci kamieniem. Jak większość oszołomów, dyszał ciężko w słuchawkę.
- Pan Aleksandrowicz?
-Tak.
- Rafał Aleksandrowicz?
- Tak, słucham - wysiliłem się na uprzejmy ton.
- Przeczytałem pański artykuł. Ten z okazji uruchomienia zintegrowanego systemu komputerowego.
- Gratulacje.
- Był pan bardzo blisko prawdy. Myślę, że pan jeden może zrozumieć sprawę. Widzi pan, ja wiem, co to za diabeł tak rozrabia na giełdzie.
To był właśnie ten moment, w którym należało przejść do kontrofensywy: wytłumaczyć facetowi, że dodzwonił się do niewłaściwej osoby w niewłaściwym czasie, że człowiek zajmujący się u nas giełdą wyjechał na leczenie klimatyczne, skąd wróci dopiero na wiosnę, jeśli go wcześniej nie zjedzą krokodyle, i tak dalej. Ale ja milczałem, mając myśli zajęte czarnymi koronkami.
- Pan to musi napisać - oszołom korzystał z mojego milczenia. - Tylko panu jednemu powiem, zresztą nikomu innemu by nie uwierzyli. Halo? Halo?
- Tak, słyszałem. Chce pan, żebym to napisał. Ale co?
- O nich! - wpadł w furię, ni stąd, ni z owąd, jak to oszołomy. - Żeby ludzie zdawali sobie sprawę, co się dzieje! Muszą się dowiedzieć! Ja panu wszystko opowiem, a pan napisze i wydrukuje - sapał, jakby ukończył właśnie maraton. - One, proszę pana, nie działają przypadkowo. Te spółki, po kolei, kiedy się przejrzy ich listę... Przejrzał pan? Teraz już widać, o co im chodzi. Ale to nie z żadnego altruizmu, o nie, one myślą tylko o sobie. Tylko niech pan nie sądzi, że zwariowałem.
- Uhm.
- Nie wierzy mi pan, co? Ale ja pana przekonam. Na dzisiejszej sesji, zobaczy pan, padnie Euromex. Wydaje się, że stoi świetnie, a padnie. A potem to się dopiero zacznie. Niech pan do mnie przyjdzie, jeszcze dzisiaj.
- Słucham?
- Mówię, żeby się pan pośpieszył! Adresu panu nie podam, umówimy się na mieście, koło Warsa. Najlepiej niech się pan po prostu przechadza dookoła Rotundy. Podejdę, jak się upewnię, że nikt za panem nie idzie. Pan sobie nawet nie zdaje sprawy, jakie one potrafią być przebiegłe...
- Wie pan, zróbmy inaczej - trzeba było przejąć inicjatywę. - Niech pan to wszystko napisze i przyśle mi na adres redakcji pocztą.
- Pocztą? - wydawał się zdruzgotany moim brakiem zainteresowania.
- Albo proszę przyjść samemu - westchnąłem z rezygnacją. - Mam następny dyżur w poniedziałek.
- W następny poniedziałek, to... przecież, panie redaktorze, mówię: ja wiem, kto to robi! Przecież pan musi to napisać, póki czas!
- Bardzo mi przykro. Naprawdę nie mam kiedy się z panem spotkać.
Milczał przez chwilę.
- Dobrze. Sam pan zobaczy. Euromex, na dzisiejszej sesji. Jeszcze pan zmieni zdanie.
Odłożył słuchawkę. Ano, jeden wariat scedzony. Niestety, nie przybliżyło mnie to do zakończenia dyżuru. I nie zapowiadało się, żeby przyszedł ktoś, na kogo można by go przewalić.
Westchnąłem ciężko i aby jakoś oderwać umysł od prześladującej go wizji, zabrałem się do przyniesionej z sekretariatu korespondencji.
„Panie Aleksandrowicz! - pisał czytelnik. - Przestań się pan wreszcie czepiać Żydów. Pan nawet w życiu nie widziałeś prawdziwego Żyda. U mojej matki w Solcu Kujawskim mieszkało dużo Żydów, to byli wszystko ludzie ubodzy i pracowici. Pamiętam takiego szewca, Lejba Krojcbauma, bardzo porządny człowiek, miał pięcioro dzieci, wszystkich potem Niemcy... - przerzuciłem kilka stron gęsto zapełnionych wyraźnym pismem, typowym dla starszych ludzi, w poszukiwaniu konkluzji. Znalazłem ją w przedostatnim akapicie:
Zamiast się czepiać Żydów, pan napisz o Cyganach. Ta hołota nigdzie nie pracuje, tylko kradnie, a chodzą obwieszeni złotem. Mojej matce przed wojną kradli kury...”
Dalsza część e-mailem molek10@o2.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz